Przyszedł mój pan.
Niósł siodło, uzdę i
-Wender!
Wiem co się stanie, kiedy nie podejdę do drzwi.
Podeszłem posłusznie do drzwi boksu. Stalagnat jak zwykle chciał mnie kopnąć, ale tym razem go ubiegłem.
-Wender! Co ci odwala?!
~*~*~
Zabrał mnie na tor. Był on długości mili i cały piaskowy. A raczej... cały z ciężkiej gliny, ciężkiej do biegu.
Na uroczy początek dnia: bolesny lekki ucisk ostrogami.
-Ruszże się, ty zawszona kupo mięsa! Nadajesz się tylko na rzeź...
Boję się. Nie chce skończyć jak kabanos. W Islandii prawie każdy koń tak kończy...
Więc daje z siebie wszystko. Nie zważam na to, że mam po dwa kilo przy każdej nodze...
Połowa toru...
Ostatnia prosta...
Mały kamyk...
I leżę.
Noga od razu mi puchnie, wielki ból. Kaloszki nie pomagają.
-Ty debilny kucyku!
Złamałem nogę, a rany po ostrogach krwawią...
I tak rozpoczął się początek końca...
~*~*~
I tak oto ja, jeden z lepszych inchodźców w naszym rejonie, który już skończył swoją karierę, a potem złamał nogę u złego, chciwego człowieka, u którego miałem mieć godną emeryturę, jestem w koniowozie, jadąc na pewną śmierć, w jedną stronę.
Nikt nie wie, że tu jestem,
Choć wszyscy znają moje imię.
Jadę do rzeźni.
Wiem że zginę.
~*~*~
Zginąłem.
Do zobaczenia.
(Oceny od 1 do 10 w komentach)
8/10 trochę dziwny koniec
OdpowiedzUsuńCzemu dziwne?
OdpowiedzUsuńCzemu dziwne?
OdpowiedzUsuń